Szczerze się uśmiałam z tego pomysłu: "Zabierz babci dowód". Nie czułam się urażona, bo to jest, jakkolwiek by było, obywatelskie
- Jeśli pójdę zagłosować, to prawdopodobnie na LPR, bo jestem za ochroną życia poczętego i za umacnianiem rodziny. PiS mnie aż tak nie odpowiada - mówi pani Lusia
Moherowy beret jest w kolorze kawy z mlekiem.

zdj. Agencja Gazeta
77-letnia Ludwika Kołodziejek zakłada go jakby na bakier. I śmieje się w głos, kiedy robimy jej zdjęcie.
- I co? Jestem babcia moherówa? - pyta z uśmiechem. W szafie ma jeszcze czarny i fioletowy, które wydziergała na szydełku. Ale te zakłada tylko na pogrzeby.
Słucha mądrości
Od 11 lat dzień "babci moherówy" z Opola wygląda tak:
O 6.30 różaniec w Radiu Maryja.
O 7 msza św. na antenie.
O 8 wiadomości, z których wie, co napisał "Nasz Dziennik" (jeśli ją zaciekawią, kupuje gazetę, ostatnio we wtorek, bo było o ks. Paszkowskim, zmarłym kapelanie Rodzin Katyńskich; jeszcze nie przeczytała, bo znowu afera z betankami, na co patrzy w telewizji). Potem ubiera się, przygotowuje śniadanie, wciera maści w obolałe nogi i rękę, zażywa tabletki na nadciśnienie i wychodzi do sklepu. Zawsze kogoś spotka, więc porozmawia o pogodzie i zdrowiu.
O 10 przychodzi na kawę Danusia, sąsiadka z dołu. Nie rozmawiają o tym, co w Radiu Maryja, bo Danusia sympatyzuje z lewicą. Więc w imię przyjaźni na czas wizyty wyłącza telewizor nastawiony przez cały dzień na TV Trwam. Po godzinie nastaje czas na przygotowywanie obiadu.
O 13.10 kładzie się i do 14 włącza Maryję. Lubi, jak wypowiada się Anna Raźny z LPR, bo jest strasznie mądra.
Wie, że rodzina jest najważniejsza w życiu, że trzeba chronić życie poczęte, więc słucha.
Do godz. 16 dzierga na drutach. Czasem rozwiązuje krzyżówki.
O 16 "Moda na sukces". - Choć to durnowate, ale muszę coś oglądać.
O 17 - "Teleexpress", o 17.20 - "Celownik", o 18 - "Jaka to melodia" (oprócz sobót), o 18.25 - "Detektywi", o 19.30 - "Wiadomości".
Wreszcie 21 i apel jasnogórski w RM, dzięki któremu codziennie jest w Częstochowie. Wzruszają ją werble, gdy odsłania się obraz Matki Boskiej.
Po apelu zasypia, ale kiedy męczy ją bezsenność, słucha RM. Najbardziej lubi audycje ojca Króla, bo po północy puszcza Chopina.
Dokuczają za beret
Ojca Króla pani Lusia poznała osobiście 19 września 1999 r. na pielgrzymce do Torunia (ma pamięć do dat i liczb, bo była księgową). Zajechali do rozgłośni ojca Rydzyka i zrobili sobie przed nią zdjęcie. Fotografię zobaczyła jej córka. I od tej pory straciły ze sobą bliski kontakt.
- Ja czytam "Nasz Dziennik" i "Naszą Polskę", a ona "Gazetę Wyborczą".
Ma do tego prawo i ja to szanuję. Ale ona nie szanuje mojego prawa. Denerwowała się, że "ja żyję ojcem Rydzykiem". I już nie spotykamy się, poza stanami konieczności - mówi pani Lusia.
Córka pracuje w urzędzie kontroli skarbowej, mieszka na tym samym osiedlu, zaledwie kilka minut drogi.
Z synami też nie ma kontaktu. No prawie, bo modli się za nich. Jeden nie żyje, drugi mieszka w Berlinie.
Wnuków też nie widuje. Ma ich trzech. Tylko najmłodszy Marcin, kiedy przyjeżdża z Irlandii, ją odwiedza.
Najczęściej Lusia spotyka się z Milą.
Mila ma 76 lat i też słucha RM. To ona podarowała Lusi kawowy beret. Było to wiosną ubiegłego roku, kiedy ks. Piotr Dettlaff dostał od jednej ze słuchaczek moher. - Założył sobie na głowę i trochę się w nim wygłupiał. I wtedy jedna z pań zaproponowała na antenie, abyśmy wszystkie zrobiły sobie takie berety.
Mila miała trzy, więc podarowała mi jeden -uśmiecha się Lusia. -I my się po tych beretach teraz poznajemy. Jak wchodzę do kościoła, to wiem, że mogę usiąść koło babek w moherach.
I wiem, że jak mi się zrobi słabo, to na pewno mi pomogą - twierdzi.
Ale z powodu beretu miała też nieprzyjemności.
Poszła w nim na posterunek policji zgłosić kradzież dowodu.
-Policjant popatrzył na moją głowę i zanim skierował do innego, który przyjął ode mnie zgłoszenie, przetrzymał mnie trzy godziny w poczekalni. Ten drugi dziwił się, że tak długo czekałam.
Powiedziałam, że to dlatego, że przyszłam w tym berecie. Zaśmiał się.
Przyjaciele z "S" zapomnieli
Pani Lusia też często się śmieje. Denerwuje ją tylko Donald Tusk. -To rozrabiaka i gdyby Platforma się jego pozbyła, na pewno by na tym zyskała - mówi z karcącym uśmiechem.
- On ma pretensje do bycia prezydentem albo premierem, a zachowuje się niegodnie. No bo jest oportunistą i bierze po latach małżeństwa kościelny ślub. Po co? Powinien być wierny swoim poglądom, a nie robić coś tak ważnego, by zyskać przychylność.
Panią Lusię zdenerwował też abp Gocłowski, kiedy powiedział, że ojciec Rydzyk jest wrzodem polskiego Kościoła. Zadzwoniła do gdańskiej kurii. Siostrze, która odebrała telefon, przedstawiła się jako kuzynka arcybiskupa i kiedy ją z nim połączono, zapytała: "Skoro ojciec Rydzyk jest wrzodem Kościoła, to ja chcę wiedzieć, kim jest abp Paetz?".
- Biskup powiedział, że to temat na dłuższą rozmowę, więc się pożegnałam.
Ale obrazek z siedzącymi w kościelnych ławkach kobietami w moherowych czapkach i z tekstem: "Głosuj, bo inaczej one zrobią to za ciebie", już jej nie zdenerwował. Bo wie, że kampania wyborcza to świństwo i jeden drugiemu ubliża.
Kiedy usłyszała w telewizji o akcji "Zabierz babci dowód", zaśmiała się w głos. I nie czuła się urażona, bo taka akcja jest, jakkolwiek by było, obywatelska.
Choć nie sądzi, by stali za nią młodzi ludzie. - Młodzi nie są tacy, by zabierać komukolwiek dowody. Oni są otwarci dla starych - twierdzi.
Pani Lusia nie czuje się stara. Jak patrzy w lustro, to się dziwi tej kobiecie po drugiej stronie, bo w środku, w duszy, ma 50 lat. Tyle samo miała, gdy rodziła się "Solidarność". Była wtedy sekretarką w Międzyzakładowym Komitecie Założycielskim, a gdy zarejestrowano związek, została kadrową, podlegało jej 568 komisji zakładowych.
W lipcu 1985 r. pod numerem 246 dołączyła do protestu głodowego w Krakowie-Bieżanowie. Ma z tego czasu fotografie i kilkadziesiąt znaczków do wpinania w klapy.
I to jedyne pamiątki z przeszłości, bo większość jej przyjaciół z"S" zapomniała o niej. -Czasem ich zapraszam, ale nie przychodzą -mówi. Z wyjątkiem pierwszego szefa opolskiego związku, u którego spędza co roku święta. Jego dzieci i wnuki mówią do niej "babciu".
Broni go, kiedy słyszy od koleżanek, że to Żyd. -Jaki Żyd! Katolik, Polak, kochający ludzi, Boga i ojczyznę -zaperza się. Żydów szanuje, bo nie ma powodów, by traktować ich inaczej. Zresztą w szkole powszechnej we Lwowie siedziała w ławce zŻydówką Bertą. Była to bardzo mądra dziewczynka i czasem prowadziła nawet lekcje z matematyki.
Lusia prosiła ją tylko, by nie jadła na śniadanie czosnku i cebuli, i w zamian za spełnienie tej obietnicy oddawała jej swoją kanapkę. Nie wie, co się stało z Bertą.
Ale ją lubiła i nie zgadza się, że RM szerzy antysemityzm. - 11 lat słucham "Rozmów niedokończonych" i wiem, że kiedy pojawiają się antysemickie wypowiedzi, ojcowie rozłączają taką rozmowę.
Nie słyszała też na własne uszy, by Rydzyk nazwał prezydenta "sługusem Żydów". -A wiem, co mówię, bo słucham na okrągło -powtarza.
Słyszała za to od babek pod kościołem, że ojciec Tadeusz wyrzucił już z uczelni dziewczynę, która nagrała jego wykład. - Słusznie, bo złamała zakaz, że nie wolno na zajęcia wnosić dyktafonów ani telefonów - komentuje.
Zadzwoni, gdy dopiecze jej samotność
Rozgłośni słucha też wdowiec zza ściany.
Czasami, gdy spotykają się na swoich balkonach, on mówi do niej: Proszę dziś słuchać, będzie ciekawie. I uśmiechają się do siebie.
Sąsiad na pewno pójdzie głosować.
Ale pani Lusia się waha, choć od czasu nastania wolnej Polski nie opuściła żadnych wyborów. Po tych pierwszych była szczęśliwa, kiedy premierem został Tadeusz Mazowiecki. Ale kiedy zapowiedział grubą kreskę, straciła do niego sympatię. Bo donosicieli trzeba rozliczyć (ze swojej teczki w IPN dowiedziała się, że na nią donosiło czterech kolegów ze związku i że miała pseudonim "Dewotka"). Ale dziś nie uważa, że w Polsce dzieje się źle. Walczy się z korupcją, co jej szczególnie leży na sercu.
Gospodarka się rozwija, nie potrzeba już żadnych zmian. Byle tylko komuniści nie wrócili do władzy.
O komunistów to też się kiedyś z córką pokłóciła, kiedy czytała jej jeden z wierszy, jakie spisuje w zeszycie: "Nie chcemy komuny, nie chcemy jej znać, nie chcemy ni sierpa, ni młota. Za Sybir, za Katyń, za Wilno, za Lwów zapłaci czerwona hołota".
- Jeśli pójdę zagłosować, to prawdopodobnie na LPR, bo jestem za ochroną życia poczętego i za umacnianiem rodziny. PiS bardziej zajmuje się polityką, mnie to aż tak nie odpowiada - deklaruje.
Pani Lusia, kiedy włącza telewizję lub radio, nie czuje się sama, bo ciągle ktoś do niej mówi. Wtelewizyjnej mszy też jakby pełniej uczestniczy, bo śpiewa na głos pieśni, co w kościele się nie zdarza, bo się wstydzi, że nie ma głosu.
Ale z 920 złotych emerytury nie wysyła co miesiąc na konto Maryi ani złotówki.
Czasami, gdy ją szczególnie samotność dopadnie, to zadzwoni do radia.
Ale nie chce w poszukiwaniu znajomych zapisywać się do Rodzin Radia Maryja. - Boję się, że ludzie mnie znów odtrącą -wyznaje z niepewnym uśmiechem.
Ale po chwili ożywia się. - Nie będę narzekała. Koleżanka powtarza mi: Pamiętaj, starzejemy się bardzo kulturalnie i pogodnie - pani Lusia przymierza swój beret. Uśmiecha się do mnie i do lustra. - Jestem straszna babcia moherówa? Dewotka? - pyta przekornie. -Powiem pani, że ja znam same normalne moherówki. Takie same jak ja. |