Dziennikarze "Faktu" zadzwonili do szeregowego posła Samoobrony Bernarda Ptaka i powiedzieli mu, że został wiceministrem obrony. Poseł uwierzył.
Szef Samoobrony walczy o najwyższe stanowiska w rządzie dla swoich ludzi. "Fakt" postanowił sprawdzić, czy wybrany poseł Samoobrony uwierzy w informację, że został ministrem.
"Fakt" zadzwonił do posła i powiedział, że sprawdza kwalifikacje na stanowisko wiceszefa MON. "Jeżeli jest to polecenie partyjne, to jestem gotowy" - powiedział Ptak. Drugi telefon - dziennikarze powiedzieli posłowi, że dostanie dokumenty dotyczące stanowiska. Poseł mówi: "Myślałem, że to jakaś prowokacja, ale teraz wiem, że to pewnik".
Kiedy u posła pojawiła się "delegacja rządowa" poprosił dziennikarzy o legitymacje, ale dostał dzwoniący telefon: "proszę czekać, łączę z premierem", poseł skupiony czekał co powie premier, ale okazało się, że to tylko sekretarka poinformowała, że "pan premier zadzwoni za godzinę".
Dziennikarze powiedzieli posłowi, że w MON ma się zająć poborem.
"Od zawsze marzyłem o wojsku. Trudno zachować się inaczej, niż przyjąć propozycję. Sprawy wojska zawsze były mi bliskie" - deklamował Ptak.
Bernard Ptak ma wykształcenie średnie zawodowe, zawód rolnik, debiutuje w roli posła.
"Fakt" podsumowuje swoją prowokację: "premier powinien utworzyć dla posła Ptaka resort głupoty". |