Po piątym zatrzymaniu pan Zenek dostał zaświadczenie z policji, że nie jest bandziorem, tylko statystą z programu kryminalnego

Pan Zenek, choć wysoki, barczysty i ogolony na zero, jest miłym i spokojnym warszawskim taksówkarzem. To spokojne życie zmieniło jedno niedzielne popołudnie. - Wiozłem wtedy człowieka z programu "997". Popatrzył na mnie i poprosił, bym został statystą i zagrał bezwzględnego gangstera, który znęcał się nad ludźmi. Pasowałem do niego figurą - opowiada. - Pomyślałem, że to może być ciekawy epizod w moim życiu, i zgodziłem się.
Wszystko było w porządku do emisji programu. Następnego dnia panu Zenkowi przestali się kłaniać sąsiedzi. Potem wystraszyli się pasażerowie - prosili, by ich wysadzić już, w nagłej sprawie, albo wysiadali szybko, nie czekając nawet na resztę. - Miałem mniej kursów, bo wielu po otwarciu drzwi rezygnowało - mówi pan Zenek. A to był dopiero początek. Pewnego dnia, gdy mężczyzna chciał odebrać pieniądze w banku, starsza pani powiadomiła ochronę, że w kolejce przed nią stoi groźny bandzior. Więc ochroniarze zatrzymali taksówkarza i wezwali policję. Ludzie do pana Zenka policję wzywali jeszcze kilka razy - w sklepie spożywczym, przed domem, w parku i na postoju.
- Po piątym zatrzymaniu w ciągu miesiąca załatwiliśmy zaświadczenie z Komendy Głównej, że to nasz statysta - wspomina Michał Fajbusiewicz prowadzący program "997". Bez niego pan Zenek nie mógł się nigdzie ruszyć. - Przechodnie pokazywali mnie palcami i łapali za telefon. O, to ten morderca z programu - szeptali. Musiałem zmienić adres, pracę, zapuściłem włosy i zacząłem się młodzieżowo ubierać.
Ale do dziś zerkam ukradkiem, czy ktoś mnie nie rozpozna - opowiada.
Podobne historie przytrafiały się Aleksandrowi Penczakowi, który zagrał rolę wojskowego oszusta. Przypadkowo spotkana w pociągu kobieta rozpoznała w nim poszukiwanego listem gończym oszusta. Powiadomiła sokistów, którzy wywlekli go z pociągu. Innym razem zawiadomieni policjanci zatrzymali go w drodze do pracy.
Z kolei w Turku dwie pasażerki autobusu poznały chłopaków grających gangsterów. Powiedziały o tym kierowcy, który zmienił kurs i zawiózł wszystkich pod komisariat.
Jak Najmrodzki uciekał do Szwecji
- Zatrzymania statystów zdarzały się, ponieważ przez jakiś czas nie było wytłuszczonego napisu, że to inscenizacja lub dane postacie grają aktorzy - mówi podinspektor Tomasz Klimczok z łódzkiej policji.
Teraz - by uniknąć podobnych sytuacji - jest i napis, i informacje od prowadzącego, że morderców grają aktorzy. Twórcy programu zdecydowali, że ze statystów będą korzystać rzadziej. Zamiast nich mrożące krew w żyłach role odgrywają aktorzy i studenci łódzkiej Filmówki. - Ostatnio na szczęście nikogo z "naszych" nie zatrzymali policjanci - mówi Fajbusiewicz.
Bo aktorów ludzie też często biorą za bandziorów. Janusz Wiśnioch, znany łódzki aktor kabaretowy i satyryk, w "997" odegrał kiedyś sławne ucieczki jednego z najbardziej inteligentnych gangsterów, Zdzisława Najmrodzkiego. Dzień po emisji odwoził żonę na prom do Szwecji. - Wszyscy byli zszokowani. Celnicy nawet nie zatrzymali mnie do odprawy. Szeptali: "Patrz, Najmrodzki do Szwecji spier...".
Potem, gdzie się tylko zjawiłem, ludzie mówili: "Zobacz, Najmrodzki. Pewnie znów uciekł". Zdarzali się nawet tacy, co chcieli mi pomóc w rzekomej ucieczce.
Podczas kręcenia kolejnych zdjęć na Piotrkowskiej w Łodzi Wiśnioch znowu grał ucieczkę Najmrodzkiego. W więziennym pasiaku i kajdankach podchodził do przechodniów, by mu pomogli. W końcu ktoś zawiadomił policję. Choć Wiśniocha ubezpieczał tajniak, funkcjonariusze szybko go obezwładnili i zabrali do radiowozu. - To było najgorsze z tamtych przeżyć - wspomina dziś aktor.
Ale mówi, że nie żałuje tej roli, bo dzięki niej poznali go także... prawdziwi kumple Najmrodzkiego. Jeden z nich kazał się wszędzie na siebie powoływać. I rzeczywiście - kiedy w Łodzi Wiśniocha napadło kilku opryszków, uratowało go hasło "Jestem od kolegi Zdziśka". |